12 zł/h.

Od czego by tu zacząć… Nigdy nie byłem jakimś wybitnym strategiem ani taktykiem. Owszem, niewiele w gry z nurtu takowych grywam, ale jednak od czasu do czasu zdarzy mi się przysiąść, czy to nad strategiczną grą komputerową, czy to planszową. I to o tej pierwszej kategorii kilka słów dzisiaj, nawet nie o całej kategorii, ale o jednej z najwybitniejszych przedstawicielek gatunku gier strategicznych. Mowa o nowej odsłonie Cywilizacji – Beyond Earth.

Wstyd się przyznać, ale moja przygoda z serią Civilization zaczęła się stosunkowo niedawno, od części opatrzonej numerem 4. Owszem, grałem również w ‚trójkę’, ale to było dawno i nieprawda. Po przygodzie z Civilization 4 przyszła kolej na jak dotąd najlepszą odsłonę serii (imho), czyli Civilzation 5, razem z dodatkiem Kings and Gods i pomniejszymi DLC. Grą byłem – i co najważniejsze nadal jestem – oczarowany. Moje steamowe statystyki mogą temu przeczyć (przegrane mam nieco ponad 40 godzin), ale według mojej miary spędziłem nad grą sporo czasu i każda nowa potyczka sprawia mi tę samą przyjemność. 90% czasu gry spędziłem online i miło wspominam każdą minutę, którą spędziłem ze znajomymi z dawnego Sarmackiego Batalion Pancernego podczas rozgrywki w ‚Civkę’. Potem pojawiły się doniesienia o nowej części – tym razem rozgrywanej w kosmosie. No, powiedzmy.

Civilization: Beyond Earth ujrzało światło dziennie stosunkowo niedawno, o ile mnie pamięć nie myli końcem października. Trochę myślałem nad zakupem, ale ostatecznie skusiłem się i nabyłem grę za ok. 120 złotych. Razem z podstawką naturalnie musiał być jakiś DLC (w tym wypadku pakiet map), na którym niespecjalnie mi zależało, ale skoro już był, to czemu nie.

Oczywiście, zanim zasiadłem do pierwszej rozgrywki musiałem trochę poczytać. A z czym to się je, a co tam się robi, a jakie są zmiany. Na plus odhaczyłem affinities, czyli doktryny rozwoju, na minus – nowe drzewko technologiczne, którego nadal nie rozumiem. Nieważne – ważne, że chciałem jak najszybciej rozegrać swoją pierwszą partię. Udało się – stary kumpel z SBP wyraził chęć rozpoczęcia rozgrywki online.

Nie będę zagłębiał się w szczegóły dotyczące gejmpleju, bo kto grę ma, ten wie jak się w to gra, a kto nie ma – zawsze może poszukać jakiegoś video na Youtubie. Osobiście wolałbym skupić się na tym, co najważniejsze w wypadku tego eseju – dlaczego moja pierwsza rozgrywka będzie jednocześnie ostatnią w tę część Cywilizacji.

No właśnie. Rozczarowanie. To najlepsze co mogę napisać o Beyond Earth. Nie będzie dogłębnej analizy, będzie jedynie żal, ból dupy i zgrzytanie zębami. Gra zasadniczo nie różni się od swojej poprzedniczki. Zasadniczo, dlatego, że oprócz całej kosmicznej otoczki, nie uświadczymy większych zmian. Szczęście mieszkańców naszego imperium zastąpiono zdrowiem – zmiana czysto kosmetyczna (chociaż ujemne zdrowie jest mniej niebezpieczne, niż to było w przypadku niedoboru szczęścia w części numer 5). Wybór przywódcy zmieniono na wybór sponsora. Niby fajnie, ale tak naprawdę opcji jest niewiele i w moim odczuciu, po przeglądnięciu wszystkich, niektóre są zwyczajnie dużo bardziej przydatne od innych. Nie wspominam o bonusach na początek rozgrywki –  jedynie garstka. Rozumiem, że musi być jakieś pole do popisu przy wypuszczaniu DLC, ale bądźmy poważni. Gra swoje kosztowała.

Same doktryny, poza kolorem i grafikami jednostek, niewiele się różnią. Jak się później okazuje, najlepsze jednostki każdej z doktryn są praktycznie identyczne. Miło, że przy okazji wbijania kolejnych poziomów doktryn wybieramy cechę specjalną ulepszanej przy okazji awansu jednostki, ale to jedynie łyżka miodu w beczce tego wtórnego dziegciu. Przy okazji doktryn warto wspomnieć o warunkach zwycięstwa, które sprzyjają… sprinterom. Każda doktryna ma swój warunek zwycięstwa, do tego dochodzi standardowe zwycięstwo przez dominację i przez tzw. kontakt. I… tyle. De facto trzy drogi do zwycięstwa, uogólniając – zwycięstwo doktrynowe (w dwóch chodzi praktycznie o to samo – jedni muszą wysłać jednostki na Ziemię, drudzy – odebrać je z Ziemi i osiedlić na nowym lądzie), dominacja i kontakt. Bieda. Z nędzą.

Dobiło mnie również wspomniane już drzewko technologiczne, a w zasadzie sieć. Nieczytelne, nieuporządkowane, nieznośnie niechlujne. Paskudztwo jakich mało, uwierzcie. Na dobrą sprawę przy okazji pierwszej gry trudno stwierdzić co się przyda, a co nie. Jakieś ksenomasy, miazmy, inne tałatajstwa. Przyzwyczajenie się do tego ustrojstwa zajmuje wieki. Porażka na całej linii, niestety.

Zarzutów jest jeszcze parę, ale przelałem już na ekran wystarczająco dużo goryczy i wypadałoby zachować w tym względzie umiar. Na koniec dodam, że moja pierwsza (i ostatnia) gra trwała dokładnie 358 tur, udało mi się wygrać zwycięstwem doktrynowym, mimo, że przez całą grę byłem ostatni lub przedostatni jeśli chodzi o liczbę punktów. Zajęło mi to 10 godzin. Grę kupiłem za 120 zł.

12 zł/h. Nic dodać, nic ująć.

1 reply
  1. Dankor
    Dankor says:

    hmmm to musiała mi się bardziej spodobać skoro zacząłem 2 partię. prawda jest taka, że ta gra jest naprawdę mało kosmiczna … bardziej ziemista i brudna niż kosmiczna 😉 coś w rodzaju: Bardzo przepraszamy ale stać nas było na statki w jednym kierunku po wylądowaniu się zepsuły i cofnęliśmy się cywilizacyjnie o 1000 lat teraz musicie zacząć od nowa. Niestety nie ma na co dzień latających pojazdów trzeba je wymyślić bo zapomnieliśmy że tak można? I wo gule o co chodzi z pływającymi statkami na innej planecie … wiem trudno jest się przemóc i wymyślić coś oryginalnego, jak widać na załączonym przykładzie tej gry :/ …. już nic nie mówię …. to nawet dzisiaj piechota jet zmechanizowana !!!! ale nie musi za….ć na piechotę …

Trackbacks & Pingbacks

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz