Santiago de Cuba, czyli jak dobrym handlarzem być.

pudło

Wybaczcie tak długą ciszę z mojej strony, ale ostatnio jestem dość zarobiony i nie mam czasu w nic pograć, a co dopiero napisać jakąś krótką recenzję. Ale! Do rzeczy. Dzisiaj wprowadzenie do eurosucharów, czyli gier typu euro – liczenie, mnożenie, kalkulowanie, mała losowość, strategia, ekonomia. Nie dawno przekonałem się, że wręcz idealnym kandydatem na pierwszą grę z gatunku euro jest Santiago de Cuba.

Tak jak wyżej wspominałem Santiago de Cuba to gra ekonomiczna. W pudełku dostajemy nie dużą planszę, drewniane ‚baryłki’ towarów, drewniane sześcianiki reprezentujące w grze… drewno, zasłonki w czterech kolorach, cztery komplety znaczników własności, cztery pionki, trochę pieniążków, dwanaście kafelków Kubańczyków i dwanaście kafelków budynków, sporo żetonów punktów zwycięstwa oraz jeden uroczy, brązowy (i również drewniany) samochodzik.

Przygotowanie do gry nie zajmuje wiele czasu – tasujemy Kubańczyków, wrzucamy ich losowo na odpowiednie miejsce na planszy, to samo robimy z budynkami. Każdy z graczy dostaje zasłonkę w wybranym przez siebie kolorze, do kompletu pionek, trzy żetony własności i jedno peso – na dobry początek. Na zachętę otrzymuje się również dwa punkty zwycięstwa.

plansza

O co chodzi? Jako gracz wcielamy się w postać handlarza dobrami. Żeby pohandlować udaliśmy się do miasta Santiago de Cuba, w którym odwiedzamy (oczywiście dla wymiernych korzyści) mieszkańców, korzystamy z budynków, by następnie zgromadzone różnymi sposobami dobra sprzedać w porcie. Naszym zadaniem jest uzyskanie jak największej liczby punktów zwycięstwa.

Jak się w to gra? Na początku pierwszy gracz rzuca pięcioma kośćmi, symbolizującymi pięć dóbr, które możemy sprzedać w porcie Santiago de Cuba, wybiera spośród nich cztery i w ten sposób determinuje zapotrzebowanie na owe towary statku, który właśnie wpłynął do portu. W swojej turze każdy z graczy musi przesunąć samochodzik na pole któregoś z Kubańczyków (lub na pole portu), użyć go, a więc otrzymać od niego jakąś korzyść, a następnie położyć swój pionek na odpowiednim budynku (którego można, ale nie trzeba używać). Brzmi to dość dziwacznie i niby nie klei się kupy, ale mechanicznie wygląda to bardzo prosto. Na przykład decydujemy, że chcemy odwiedzić Conchitę – otrzymujemy od niej 2 baryłki koloru pomarańczowego, czyli owoce. Obok symbolu 2 pomarańczowych baryłek mamy symbol czerwonego kwiatka – oznacza to, że Conchita umożliwia nam również skorzystanie z któregoś z budynków znajdujących się pod symbolem czerwonego kwiatka, w górnej części planszy.

mieszkancy

Funkcje budynków, jak i Kubańczyków, są różnorodne. Mieszkańcy portowego miasteczka dadzą nam surowce, pieniądze, umożliwią przejęcie któregoś z budynków na własność, czy pozwolą zwędzić coś z puli współgraczy. Budynki pomagają zmieniać jedne surowce w inne, otrzymywać punkty zwycięstwa czy zmniejszać zapotrzebowania na któreś z dóbr. Dzięki losowemu ułożeniu budynków i mieszkańców gra jest mocno regrywalna. Trzeba przystosować się do rozlokowania danych elementów i przygotować na tę okoliczność najbardziej efektywną strategię.

Po tym, jak uda nam się załadować wszystkie możliwe dobra (czyli zbić zapotrzebowanie na wszystkie towary do okrągłego zera), statek odpływa, a w jego miejsce przypływa kolejny – znowu rzucamy kośćmi, żeby sprawdzić, czego ów przewoźnik potrzebuje. Niby jest to jakiś element losowości, ale w akceptowalnych granicach i na pewno urozmaica on rozgrywkę.

Gra kończy się po odpłynięciu siódmego statku – podliczamy punkty zwycięstwa i, naturalnie, kto ma ich najwięcej – wygrywa całą grę.

Jak to w moich recenzjach bywa – nie wgłębiam się dokładnie w mechanikę, ale uwierzcie mi – gra się płynnie, szybko, konkretnie. Gra jest bardzo ładnie wydana i warto się nią zainteresować.

Podsumowanie:

Dla kogo jest Santiago de Cuba?
Przede wszystkim dla domorosłych eurograczy. SdC jest świetnym sprowadzeniem w świat gier euro, to dobra rozgrzewka przed partiami w takie tuzy jak Puerto Rico, Trajan, Caylus, Agricola czy Caverna. To trochę taki filler w tym świecie, ale dość przyjemny i łatwy do opanowania.

Dlaczego jest fajne?
Bo to prosta gra ekonomiczna, może nawet familijna. Jest ładnie wydana, wygląda bardzo estetycznie, nie wymaga długich przygotowań, a dodatkowo ma bardzo proste zasady.

Gdzie kupić?
Tak jak pisałem nieco wyżej – gra jest dość droga. A w zasadzie była! W sklepie planszomania.pl grę można kupić za… 40 złotych! Jest to co prawda wydanie niemieckie, ale gra jest niezależna językowo, a polska instrukcja jest dostępna w internecie. Za te pieniądze – grzech nie kupić! Nawet jeśli nakład sprowadzony przez planszomanię się wyczerpie, zawsze zostaje kilka innych sklepów oferujących grę w atrakcyjnych cenach (od 60 zł).

Plusy: 

  • szybka rozgrywka
  • proste zasady
  • kompaktowe pudełko
  • ładne wydanie
  • aktualnie – niesamowita cena
  • regrywalna, dzięki losowemu ułożeniu kafelków

Minusy

  • dla wyjadaczy może być za prosta
  • (niewielka) losowość – niektórym może to przeszkadzać
  • moje subiektywne spostrzeżenie – tak naprawdę nie bardzo wiadomo jak się wygrało, ergo nie zawsze można mieć nad rozgrywką pełną kontrolę

Ocena końcowa

W kategorii gier euro – 6,5/10, ale gdyby wziąć pod uwagę fakt, że jest to gra dla raczkujących w planszówkowym świecie i dodatkowo jest teraz w świetnej cenie ocena ostateczna to 7/10. Kto żyw niech wchodzi na planszomania.pl i kupuje!

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz